ALASKA

Fireweed – na spalonej ziemi.

wierzbowka

Pożary w Arktyce, pożary w Amazonii. Nie będę pisać statystyk, przekonywać, czy problem jest, czy problemu nie ma.
Wiele razy byłam świadkiem pożaru w Ameryce Północnej – na Alasce, w Jukonie, Albercie, Waszyngtonie. Ostatni raz, bardzo niedawno, w te wakacje. Czasami dym z pożaru dopadał mnie, kiedy przejeżdżałam przez miasto, czasami paliło się tuż obok, kiedy przejeżdżałam przez las. Dzisiaj napiszę Wam o strzępku tego, co czułam i widziałam. Z racji kierunku moich podróży, piszę oczywiście o pożarach amerykańskich. Subiektywnie i nie wnosząc absolutnie nic do rzeczowej dyskusji na temat żywiołu. Potraktujmy to, jak kartkę z pamiętnika.

Puch spada z nieba, jak w zwolnionym filmie. Unosi się w powietrzu, wiruje przez chwilę. Czasami wiatr podrywa go lekko do góry. Wędruje spokojnie przez małe kanadyjskie miasteczko w Jukonie, aby opaść na ramię mężczyzny palącego papierosa przy piaszczystej alejce. Mężczyzna strzepuje puch niedbałym ruchem dłoni. Gdyby patrzeć tylko na detal, byłby to piękny widok. Ale nie jest.

Tak naprawdę, wszyscy wokół są w popiele, który sypie się z nieba jak śnieg. Słońce nie przebija się przez gęste kłęby dymu, a ci, którzy przemierzają ulice miasta, ocierają z twarzy pot zmieszany z szarawym pyłem. Stając tuż obok mężczyzny z papierosem, trudno wyróżnić zapach tytoniu. Ciężkie powietrze wszędzie przybrało mętny odcień. Odnotowuję każdy ołowiany oddech. Wszelki krok jest ociężały. W zwiotczałe ruchy wkładam resztkę energii.
Gorąco.

Niepokój. Coś, gdzieś się dzieje. Nie widać tego, ale czuć. Jest w powietrzu, we włosach i na zeschniętych ustach. Wdziera się w drogi oddechowe i wije w płucach. Oplata to, co napotka na swojej drodze i ściska z całej siły – i ludzi, i zwierzęta, i domy. Nikogo nie oszczędza. Przez chwilę, każdy zostaje z tym swoim niepokojem sam na sam. Melancholia może przyjść i odejść w sekundę, dostrzeżona tylko przez podświadomość. Może też wdzierać się w ciało i umysł z każdym trującym oddechem.

Kilkaset kilometrów dalej, na Alasce, stawiam pierwszy krok na spalonej ziemi. Krucha, pęka pod moimi stopami. Grube na pierwszy rzut oka gałęzie, okazują się puste i słabe jak trzcina. Ściółka głucho trzeszczy, skrzypi, pryska, syczy, szumi. Widzę niskie, dogorywające już płomienie. Wchodzę dalej w las, omijając małe skupiska ognia. Wszechobecny dym. Popiół ze spalonych drzew unosi się w powietrzu, by chwilę później zostać porwanym przez wiatr. Wkrótce gdzieś ktoś strzepnie go z ramienia, myślę. Zamiast soczystej zieleni drzew, dostrzegam wątłe i łyse patyki. Zamiast niedźwiedzia, zająca czy lisa – zgliszcza. Nie słyszę drapania wiewiórek, ale trzask dopalającego się drewna. Pogorzelisko.

Kiedyś dzieliłam tajgę na zimową i letnią. Zimą – roziskrzona, z drogami wyżłobionymi przez psie zaprzęgi. Latem – tętniąca soczysta zielenią, trochę tajemnicza i niebezpieczna, jednocześnie zachęcająca do zatopienia się w jej bezkresie. Dzisiaj wiem, że tajga ma wiele wcieleń, a jednym z nich, przejmującym, jest tajga spalona. Zniszczona, pochłonięta żywiołem, gdzie wzrok sięga, dymiąca, nieprzyjazna, krucha, sucha i pękająca. Na Alasce i w Kanadzie las pali się co roku.

Wśród tej całej dziwacznej rozpaczy pojawia się nadzieja. Gdzieś między sczerniałą gałęzią, a łysym patykiem – strzępem drzewa – wyrasta wierzbówka. Pospolita i wyjątkowa jednocześnie. Jej głęboka magenta wydaje się wręcz niedorzeczna wśród szarości i brązu wypalonej ziemi. Trudno w nią uwierzyć. W tych okolicznościach wydaje się być najpiękniejszym kwiatem na świecie. A może jest najpiękniejsza? Wzbogaca nagle postapokaliptyczny krajobraz, któremu nikt by nie dał szans na nowe życie. Tymczasem ona, fioletowa i jak najbardziej żywa, pojawia się jako pierwsza. Wierzbówka – najbardziej charakterystyczna roślina dalekiej amerykańskiej północy – ma taką piękną właściwość. Szybko kolonizuje spalone tereny, pojawia się tam, gdzie nic jeszcze nie ma. Przemienia świat wokół, daje nadzieję, odnawia. Jedna wierzbówka potrafi zmienić wszystko w sercu.
Oby pojawiała się po każdym pożarze.
A później, jak co roku, setki, tysiące wierzbówek, niech pokryją głębokim fioletem przydroża, łąki i skraje lasów.

Niestety, nie wszystko, co dotyczy pożarów, jest tak poetyckie. Trudno mi napisać coś o doświadczeniach sprzed dwóch lat – kiedy byłam świadkiem palenia się domów i ewakuacji całego miasta w Albercie. Albo kiedy pierwszy raz zetknęłam się z pożarem w Arktyce w środku nocy i uciekałam z synem jak najdalej od płomieni i dymu. Trudno też znaleźć pozytywną stronę tygodniowego wdychania popiołu w Seattle – kiedy powietrze znad pożarów w Kanadzie i Waszyngtonie zatruwało mieszkańców miasta. Oprócz ekologicznych problemów, które słusznie podnoszone są w mediach, pożary mają też inny aspekt – aspekt jednostki. Ludzie na północy co roku cierpią przez pożary. Strażacy, leśnicy, zwykli ludzie od lat walczą z ich konsekwencjami. Byłam ich świadkiem na Alasce, w Kanadzie i w Stanach kontynentalnych.

Mimo wszystko w tym roku widok wierzbówki tuż przy spalonej tajdze wzruszył mnie w pewien sposób. Pomyślałam, że Wam o tym napiszę. Angielska nazwa wierzbówki to „fireweed” – piękna, prawda?

Szukałam sposobu na powrót do blogowania, a co może być lepszym pomysłem niż wierzbówka – symbol nowego początku?

PS. Angielska nazwa wierzbówki dużo bardziej mi się podoba. Próbowałam stworzyć jej odpowiednik po polsku, ale nic nie przychodzi mi do głowy – macie jakieś pomysły?

1 odpowiedź »

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.