STANY KONTYNENTALNE

Muzyczna Rezydencja w Memphis.

42449507_1109737889184035_895595432489517056_oNie wszyscy Amerykanie powitają podróżnika z otwartymi ramionami. Nie wszyscy obdarzą uśmiechem, nie wszyscy dziarsko zapytają: „jak się masz?!”. W niektórych miejscach Amerykanie potraktują przyjezdnego z dystansem, tolerując go pobłażliwie jako źródło dochodu.
Kiedy zabraknie angielskiego słowa, nie pospieszą z pomocą – popatrzą wyczekująco z podniesioną brwią; kiedy akcent padnie na złą sylabę, skrzywią się i powiedzą, że nie rozumieją; kiedy zagadnie się barmana, odpowie uprzejmie, ale szybko utnie rozmowę.

To miejsce, które jak żadne inne wyróżnia się na kulturowej mapie Stanów. Tutaj, na Południu, ludzie są dumni z bycia Amerykanami, ale nie bardziej, niż z bycia Teksańczykami. Podkreślają, że pochodzą z Alabamy, Georgii, Tennessee czy Luizjany. To dla nich ważne, że urodzili się w Memphis lub w Atlancie.
Łatwo wyczuć dystans, z jakim niektórzy traktują tutaj przyjezdnych. I nie mówię tylko o obcokrajowcach – ci z Północy też są tutaj obcy. Bo Południowcem nie można stać się ot tak. Nie wystarczy się przeprowadzić, wyczuć puls i iść z rytmem nowego miejsca. Na Południu trzeba się urodzić. Trzeba mieć tu swoich ludzi, wyrosnąć na lokalnych tradycjach i zwyczajach, często chodzić do Kościoła na mszę.
Wystarczy odjechać od wielkich aglomeracji i turystycznych ośrodków, aby przekonać się, że wspomniany dystans naprawdę istnieje. Na Południu szansa na uczucie wyobcowania jest większa, niż w Nowym Jorku albo w Seattle. Szczególnie, jeśli podróżuje się samemu z dzieckiem. A to, w jakich warunkach spędzisz noc, mocno zależy od tego, jak życzliwych ludzi spotkasz na swojej drodze.

Nie powiem, że spotkało mnie na Południu coś przykrego, czy niemiłego ze strony miejscowych. O nie. Ale trudno mi było nie zauważyć, że rozmowy odbywają się w zupełnie innym – obojętnym, często protekcjonalnym – tonie, że w pustym barze kelnerka i kucharz niezbyt chętnie odpowiadają (albo wcale nie odpowiadają) na moje pytania dotyczące okolicy, a wszyscy trzymają się raczej między swoimi. Było to dla mnie coś nowego, niespotykanego w żadnym innym miejscu w Stanach.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy to właśnie w Tennessee znaleźliśmy się w najbardziej kolorowym i otwartym punkcie naszej podróży. A była to Muzyczna Rezydencja.

Jak już wiecie, w południowym Teksasie nawiązaliśmy znajomość z Brandonem, muzykiem country z Memphis (kilka postów niżej opisałam go bardziej poetycko). Umówiliśmy się, że jeśli kiedyś będę w okolicach miasta, dam mu znać. Tak też zrobiłam. Wymieniliśmy kilka wiadomości i razem z Młodym udałam się pod wskazany adres, do domu Brandona.

W jednopiętrowym budynku, w śródmieściu Memphis, mieszkań było kilka, ale nie stwarzało to żadnego problemu. Zza jednych z drzwi słychać było gitarę i śpiew, a dźwięk unosił się nad całym zalanym słońcem patio. Ruszyliśmy prosto do tych właśnie drzwi i zapukaliśmy mocno. Przez cały nasz pobyt, każde wejście do mieszkania wyglądało tak samo. Z małymi tylko różnicami: czasami słychać było tylko gitarę, czasami gitarę i śpiew, czasami wzmacniacz pomagał usłyszeć muzykę nie tylko najbliższym sąsiadom, ale całej dzielnicy. Wewnątrz nie zastaliśmy zbyt dużo miejsca ani zbyt dużo światła. Były za to stare płyty, książki, wzmacniacze, gitary i plakaty. Kiedy z dziwnego pudełka, wielkości sporej półki, rozbrzmiało Moon River, stanęliśmy jak zahipnotyzowani. To stary odtwarzacz Akai z lat 70. Całe mieszkanie wypełnił przepiękny dźwięk ze starego filmu: pełen szmerów i niedoskonałości, ale z atmosferą niemożliwą do odtworzenia na idealnych zestawach współczesnych głośników. Coś mi mówiło, że przed nami dobry czas.

-Joanna, idę dzisiaj na koncert do moich znajomych. To będzie taka impreza na powietrzu, przy ich basenie. Bierz Młodego i chodźcie ze mną. Wejście kosztuje chyba 5 dolarów. Będzie fajnie, byłem tam wiele razy. Można z dzieckiem, jestem prawie pewny.
-No, dobra.

Byli tam wszyscy: muzycy-ekscentrycy, wystrojone dziewczyny, rodziny z dziećmi, geje, biali, czarni, seniorzy, studenci, poeci, pisarze, fani futbolu, podróżnicy, facet bez zębów i wymuskany blondyn. Wszyscy. Dom był ogromny i piękny: z sufitów zwisały niedorzecznie wielkie, kryształowe żyrandole. Ściany ozdabiały czarno-białe fotografie muzyków (na niektórych rozpoznałam Arethę Franklin, czy Elvisa Presleya). Schody wiły się spiralą do góry a cienkie poręcze wyglądały na delikatne, zupełnie jak zwiewna suknia tancerki. Było tu mnóstwo foteli i pufów, poduszek i dywaników. Biało-czarna podłoga niedaleko sali koncertowej lśniła czystością. Dziesiątki luster i lusterek odbijały światła. Ktoś co chwilę zasiadał do jednego z fortepianów albo chwytał za gitarę. Na zewnątrz wielki trawnik, drzewa, kwiaty i basen. Tuż przy nim scena, na której teraz grał zespół. W wodzie lub przy stolikach ludzie wsłuchiwali się w muzykę i sączyli drinki. („Aśka, życie to jednak potrafi zaskoczyć. Wczoraj w namiocie z robalami, a dzisiaj w pałacu.” – pomyślałam). Było tutaj mnóstwo osób, a jednak nie opuszczało mnie wrażenie, że wszyscy się znają. Przez pewien czas nie wiedziałam, kto właściwie jest gospodarzem. W końcu ich poznałam: roztańczoną i piękną blondynkę oraz siwego mężczyznę z włosami zebranymi w kucyk. Obydwoje wysocy i w średnim wieku. Okazało się, że od jakiegoś czasu tworzą w swoim domu coś w rodzaju muzycznego i literackiego centrum Memphis. Budują miejsce, które będzie dawać wolność artystyczną i jednocześnie zapewni bezpieczną atmosferę (o tę czasami w Memphis trudno). Wyjaśniło się też moje podejrzenie, że wszyscy się znają: każde z wydarzeń organizowanych w Muzycznej Rezydencji dostępne jest tylko dla osób, które mają zaproszenie lub przyszły z kimś, kto je otrzymał.

W Muzycznej Rezydencji w końcu wszyscy chętnie opowiadali mi o swoim życiu, o miejscach, z których pochodzą, o swoich rodzinach i podróżach. Sami także z ciekawością pytali o mnie i Młodego. Dawali rady, jak zachować się, kiedy znowu w Luizjanie ktoś będzie chciał mnie na siłę nawracać i nakłaniać do ponownego chrztu, tym razem w Zatoce Meksykańskiej. Tłumaczyli, dlaczego niektórzy są tutaj tak oziębli w stosunku do przyjezdnych i jak to jest z relacją białych i czarnych na postniewolniczym Południu. Te rozmowy w końcu odblokowały coś w mojej głowie i pozwoliły lepiej zrozumieć, dlaczego na dole Stanów czułam się czasami trochę niekomfortowo. Wprawdzie wiedziałam, że cała południowo-wschodnia część USA należała do Konfederacji, jednak nie do końca rozumiałam, jakie w praktyce ma to znaczenie dla dzisiejszych Stanów. Co ciekawe, kilka osób na koncercie powiedziało mi, że jest czarną owcą w swojej wybitnie konserwatywnej rodzinie albo irytowało się na silną indoktrynację w wykonaniu członków Kościoła. Zrozumiałam wtedy, że nie rozmawiam z typowymi mieszkańcami Południa, raczej z ich rodzinami, którzy wybrali inny styl życia. Te rozmowy dały mi dużo do myślenia i uważam, że warto zamienić to w formę literacką dłuższą, niż post na blogu.

Kolejnym aspektem odwiedzenia Brandona było oczywiście samo Memphis. Cały pobyt odbywał się przy akompaniamencie muzyki, której tak naprawdę nigdy wcześniej dobrze nie poznałam: country, blues i soul we wspaniałej odsłonie. I właśnie dzięki temu, kolejny raz poznawaliśmy z Młodym coś od początku, z tego samego poziomu. Być może dlatego Memphis okazało się niezwykle radosną częścią naszej wyprawy? Wałęsanie się po ulicach miasta i odwiedzanie muzeów tak idealnie zorganizowanych, jak Stax Records, spijanie mleka na krawężniku Beale Street, gdzie impreza nigdy się nie kończy i wypatrywanie domu Elvisa Presleya z daleka, cieszyło nas tak samo mocno. W uszach grała nam muzyka tak cudowna i tak dla nas świeża, że nie mogliśmy się nie uśmiechać.

W końcu przyszedł jednak czas wyjechać, a my wcale nie byliśmy pewni, czy chcemy. I nie chodziło tylko o to, że znowu wygodne łóżko musimy wymienić na najbardziej miękki kawałek ziemi.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.