Miejsce spod ciemnej gwiazdy.

DSC_9003aa

[Czas akcji: około godziny 16:00. Miejsce: północna część Florydy. Cel podróży: Savannah, Georgia]

-No, chodź już. Proszę Cię, musimy się zbierać.

Mysz miał akurat etap na schody. A to oznacza, że nie ma na tym Świecie lepszej rozrywki, niż wchodzenie po schodach. No, może schodzenie. To już zależy od humoru i okoliczności. W każdym razie, znowu wstaliśmy za późno, bawiliśmy się zbyt długo i w efekcie gorączkowo próbowałam przeorganizować plan dnia tak, żeby nie zatrzymywać się nigdzie po ciemku i nie jechać w nocy.

-Bardzo Cię proszę, nie mamy dzisiaj czasu.

-Nie.

Moja cierpliwość powoli się wyczerpywała i w przypływie emocji zrobiłam coś bardzo-nie-wychowawczego. Spocony gość o twarzy buldoga, z wielkimi czerwonymi polikami, ogromnym brzuchem i w sandałach ze skarpetami nie mógł trafić w lepszy moment. Skorzystałam z bardzo brzydkiej sztuczki, jaką jest mówienie po polsku przy ludziach, którzy tego nie rozumieją.

-Mysz, bardzo Cię proszę, zejdź ze schodów i chodź ze mną. Ten wielki, straszny i groźny pan właśnie przyszedł sprawdzić, czy na schodach nie ma czasami jakiegoś nieposłusznego dziecka.

-Idź dziecko, bo inaczej Cię zjem. – Dodał człowiek o twarzy buldoga idealną polszczyzną.

A przecież miał sandał ze skarpetą, nie rozumiem, jak to się stało. Facepalm – mogłam się zorientować.*

————

Niestety – słońce już zachodziło. Według mapy dotarłam tam, gdzie planowałam. Trochę byłam zdezorientowana, bo to miejsce wcale nie przypominało centrum miasta. Potężne dęby mocno się starały, żeby przepuścić jak najmniejszą ilość mętnych promieni słonecznych. Centrum gęstego lasu, owszem – pomyślałam. Ale centrum miasta? Zerknęłam na tabliczkę przy moim miejscu parkingowym: „Bądź odpowiedzialny za swoje rzeczy. Nie zostawiaj nic w samochodzie – nie rób przysługi złodziejom”. Zachęcające. Kobieta, która poleciła mi, żebym następny postój zrobiła w mieście Savannah w Georgii opisywała je jako „urocze” i „interesujące”. Rozłożyłam się chwilę w fotelu, aby odpocząć. Mysz jadł pomarańczę. Milczeliśmy tak sobie przez kilka minut; zastanawiałam się, czy nie lepiej będzie pominąć dzisiaj zwiedzanie i pojechać prosto do łóżka.

Puk, puk. Ktoś zastukał paluchami w okno.

-Moja droga, czy potrzebujesz pomocy? – Czarnoskóry mężczyzna uśmiechnął się szeroko i zaprezentował swój zgryz bez zęba z przodu.

-Eee, nie, dziękuję.

-Szkoda. Bo myślałem, że potrzebujesz. Zastanów się dobrze, moja droga, bo ta pomoc nie jest zbyt droga. Po drugiej stronie ulicy stoi mój znajomy. On pomaga, ale dwa razy drożej.

-A Ty za ile pomagasz?

-Ja pomagam za 10 dolarów.

Poczułam, że powinnam z tej pomocy skorzystać.

Nie był to najgorszy biznes. Oprócz tego, że poczułam się bezpieczniej, dowiedziałam się także, jak dotrzeć do prawdziwego serca miasta, czyli ulicy ciągnącej się wzdłuż rzeki Savannah. Dostałam też namiary na sklep z pracami lokalnych artystów oraz najlepszą lodziarnię w mieście. Mężczyzna zaoferował, że rzuci okiem na samochód w trakcie mojej nieobecności. Znam już „swojego” i nie mam się o co martwić. W jakiś dziwny sposób zyskał moje zaufanie.

Wytargałam wózek, wytargałam Mysza i ruszyliśmy. Robiło się coraz ciemniej, a ja na ciemność reaguję nadal tak samo, jak wtedy, kiedy miałam 10 lat. Z dreszczem. Mówiąc szczerze, Savannah nie pomagała mi przezwyciężyć mojego lęku ani trochę. O zachodzie słońca i później, po prostu sprawiała wrażenie upiornego miejsca. Ciemne zaułki, brudne klatki schodowe, zaniedbane kamienice tuż obok okazałych rezydencji. Masa pubów, barów, lodziarni i restauracji. Większość z klientelą spod ciemnej gwiazdy. Przynajmniej tak to wtedy widziałam. Sklep z pracami lokalnych artystów – faktycznie, był. Lodziarnia – także. Ale… zresztą, rzućcie okiem:

Te dość osobliwe punkty usługowo-handlowe zainteresowały mnie na tyle, że mimo wszystko postanowiłam iść dalej wzdłuż rzeki. Kilka razy odmówiłam pociągnięcia jakiegoś trunku z piersiówki, zamieniłam parę zdań ze sprzedawcami w sklepikach i poszłam nad wodę.  Wszystkie twarze wydawały mi się upiorne. Szare, brudne sklepy i dziwaczne witryny przyprawiały mnie o dreszcz na plecach. Obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie wyjedziemy za późno. Niepokój, który odczuwałam od początku nasilił się na tyle, że postanowiłam wracać. W drodze do auta starałam się przyglądać wszystkiemu i zauważyłam, że to miasto najprawdopodobniej ma wielki urok. Kolonialna zabudowa, wąskie alejki, kamieniczka przy kamieniczce i tramwaj kursujący przez popularną uliczkę przy rzece Savannah. Jednak zajęta swoją bezsensowną paniką, nie miałam czasu zająć się tym zbyt wnikliwie. Nagle minął nas ogromny pies. Był wyższy od Mysza. Odwróciłam się i zobaczyłam około 15 osób – wszyscy szli za psem, a jedna kobieta trzymała smycz.

-Co się dzieje, kochana? Gdzie się wybieracie?

-Idziemy na parking.

-A Mały…Prowadził kiedyś na smyczy takiego wielkiego psa? Nie? No to dobrze się składa, bo dzisiaj to zrobi! Odprowadzimy Was do auta.

Niestety nie udało mi się uchwycić samego psa, ale część tego dziwacznego pochodu widoczna jest na jednym ze zdjęć:

Mężczyzna bez zęba siedział na ławeczce niedaleko samochodu.

-Wszystko okej! Nikt się nie kręcił!

-Dziękuję!

-Nie ma za co! Przyjedź do nas jeszcze, turyści uwielbiają to miejsce. A samochodu ja zawsze mogę popilnować.

-Zapamiętam. Dobrej nocy!

————–

Moje spotkanie z miastem Savannah było dość niefortunne. Przyjechaliśmy tam po prostu zbyt późno. Słaby blask zachodzącego słońca i mętne światło latarni oblało to miejsce delikatnie koszmarnym klimatem. Gdyby nie fakt, że byłam z Myszem, pewnie uznałabym to za ciekawą okoliczność. Zapamiętałam jednak, że miasto wydawało mi się ładne i po powrocie zaczęłam szperać w internecie. Znalazłam kilka ciekawych informacji i chciałabym się nimi podzielić. Być może Wasza wizyta w Georgii będzie pełniejsza. Moja – mimo, że niezapomniana – pozostawiła mnie z poczuciem niedosytu.

Cały internet twierdzi – i ja mu wierzę – że Savannah to niezwykłe miasto. Pozbawione wieżowców, za to obdarzone uroczymi kamienicami. Kolonialna zabudowa, wąskie uliczki, latarnie, kafejki i deptak nad rzeką to te rzeczy, które sprawiają wrażenie europejskiego klimatu i  zapadają w pamięć po zwiedzeniu miasta. Savannah to miejsce zupełnie nie-amerykańskie. Przede wszystkim dlatego, że dość już wiekowe – jak na Stany. Założone w 1733 roku, jest najstarszym miastem w stanie Georgia i jednym z najstarszych w kraju. Kursuje tam tramwaj, co jest nieczęstym widokiem w Ameryce. A jeśli tramwaj nie robi na Was wrażenia, być może piwowóz zrobi. Bo taki pojazd przemieszcza się uliczkami miasta. Savannah sprawia wrażenie maleńkiego ośrodka, dlatego byłam zaskoczona informacją, że mieszka tam prawie 150.000 osób – kiedy jechaliśmy do centrum, przez większość czasu nie widzieliśmy żywej duszy. Z ciekawostek: jeśli chcecie posiedzieć na kultowej ławeczce Forresta Gumpa – jedźcie do Savannah. Jeżeli chcecie zobaczyć uczelnię artystyczną mieszczącą się w 67 zabytkowych budynkach (Savannah college of Arts and Design) – jedźcie do Savannah. I w końcu: jeżeli chcecie spotkać się z historią naszego rodaka, który zasłynął w walce o niepodległość Stanów Zjednoczonych – jedźcie do Savannah. Kazimierz Pułaski to bohater w historii polskiej i amerykańskiej. Jeden z przywódców i marszałek Konfederacji Barskiej za oceanem został nazwany „ojcem amerykańskiej kawalerii”. Wizyta w Savannah jest wyśmienitą okazją do zdobycia informacji o Pułaskim. W 1779 zmarł w trakcie oblężenia miasta i został tam pochowany. Niedaleko, na wyspie Cockspur, znajduje się zabytkowy Fort Pułaski – aktualnie pomnik narodowy i muzeum. Oprócz portretu bohatera dwóch narodów, można przeczytać o nim kilka ciekawych informacji – zarówno po polsku, jak i po angielsku. W Savannah można także podziwiać pomnik Pułaskiego. Przy okazji – wiecie, że w całych Stanach jest wiele miejsc, które upamiętniają jego postać? Mount Pulaski –  miasto w stanie Illinois; Pulaski Skyway – mosty w New Jersey i Bostonie; Pulaski Bridge – most w Nowym Jorku; Pulaski – wieś w stanie Wisconsin. A jest tego więcej! Poza tym niektóre stany obchodzą Dzień Kazimierza Pułaskiego: głównie Illinois, Wisconsin i Indiana.

Savannah, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie nam dane się zobaczyć! See you!

———–

*Istotna informacja dotycząca kultowego duetu sandał-skarpeta. Jednak nie do końca mogłam się zorientować, że mężczyzna na schodach to Polak. Napisałam tak jedynie w celu humorystycznym, ponieważ w naszym pięknym kraju panuje przekonanie, iż jest to nasza narodowa duma. Osobiście uważam, że wiele narodów jeszcze chętniej korzysta z tego nietypowego modowego połączenia (na przykład Hindusi). Jeśli więc nosisz skarpety do sandałów, głowa do góry, nie jesteś sam!

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco? Odhacz się na facebooku!

A pod spodem jedyne udane zdjęcie z Savannah. River Street.

DSC_9003aa

 

 

 

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s