Przystanek Floryda.

DSC_8664a

Podniosłam prawą rękę i stuknęłam się mocno w czoło, podczas gdy po policzku spływały mi łzy. Wymsknęło mi się ciche „o kur…czę”, ale na szczęście automat, który zrobił mi zdjęcie, akurat tego nie mógł uchwycić. Nadal jednak uważam, że ten blaszany skurczybyk może pochwalić się najbardziej żałosnym ujęciem roku 2016. Trzeci raz bezprawnie wjechałam na autostradę przez bramki dla posiadaczy jakiejś-tam karty. W praktyce oznaczało to 100 dolarów kary. Dokonałam szybkich kalkulacji i doszłam do wniosku, że jeśli mam zrealizować wszystkie moje plany, muszę odłożyć jedzenie na przyszły tydzień.

Oprócz mandatu, Floryda w pakiecie powitalnym przewidziała dla mnie także deszcz, zakorkowaną drogę i parking za 30 dolarów (bonus w postaci lokalnych rabusiów za free). Półwysep był zamknięciem pierwszego etapu myszowej wyprawy i spędziliśmy na nim cztery noce. Przez dziewięć dni, które tutaj jechaliśmy, w każdej chwili zmęczenia wyobrażałam sobie pomarańczowy raj, turkusową wodę i palmy. Błotniste bajora i rozległe niziny, które pamiętam z pierwszego dnia, nie do końca odpowiadały tym obrazkom. Trudno, najwyżej zamiast wypoczynku w stylu trzecioligowych celebrytów, urządzimy sobie z Myszem własny Woodstock. Myśl całkiem pocieszająca, ale szybko ją wyrzuciłam z głowy. Powód był około trzymetrowy, ciemnooliwkowy, posiadał szeroki pysk i straszliwe zębiska – aligator amerykański. Słyszałam, że na Florydzie aligatory uczestniczą sobie w codzienności mieszkańców, mają swoje miejsca parkingowe z bajorkiem pod sklepami, przeprowadzają swoje aligatorzątka bezpiecznie przez ulicę a czasami, jeśli akurat któryś z nich „jest tutaj przy brzegu”, szwagier może „give’em a cziken”. Poza tym mój mąż w kółko wysyłał mi zdjęcia aligatorów na Florydzie. Biorąc to wszystko pod uwagę uznałam, że błotnista kąpiel może nie być najmądrzejszym pomysłem. Ostatecznie nie spotkałam żadnego aligatora. Na drugim zdjęciu najbardziej zbliżone do tego potwora zwierzęta, których droga przecięła się z moją:

Alligators-crossing-the-roada

Jakoś przetrwaliśmy to starcie.

Po pierwszych trudnościach i spotkaniu z miejscowym ptactwem, w końcu dojechaliśmy do Miami Beach. Skorzystaliśmy ze wspomnianego wyżej parkingu z bonusem. Wracając z plaży spotkaliśmy dwie zapłakane rodziny, a kiedy w odpowiedzi na nasze pytające spojrzenie zaczęli skrupulatnie wymieniać, jakie przedmioty zostały ukradzione z ich auta, w panice pobiegłam do naszego Puszka. Obyło się bez kradzieży. Być może łupieżców zniechęciła ogólna marna kondycja naszego auta. Po bliskich spotkaniach z piachem, błotem, jogurtem gościa, który jechał na autostradzie przed nami, nasz rumak wyglądał bardziej jak Radek Majdan niż jak Robert Lewandowski. Ale mówiąc poważnie, odniosłam ogólne wrażenie, że warto na swoje rzeczy bardzo uważać w Miami. Nie jestem zwolenniczką podróżowania w idei pełnego zaufania i otwartości do wszystkich i sądzę, że należy przewidywać i wyciągać wnioski z tego, co widzimy. Ok, ale już do rzeczy.

Pogoda zrobiła się piękna, przejechaliśmy cały półwysep, nie spotkaliśmy ani jednego aligatora i spełniłam obietnicę daną Myszowi. Wskoczyliśmy razem do Atlantyku. Żadna zabawna anegdota nie przychodzi mi do głowy. Było pięknie, chociaż wiedziałam, że to nie jest wszystko, co Floryda może nam dać. Psst! Pod zdjęciami jest ciąg dalszy!

Zmęczeni, ale szczęśliwi pojechaliśmy się przespać. Naszym gospodarzem był Gadisai z Argentyny. Ten nieprawdopodobnie cierpliwy i miły człowiek pozwolił grać Myszowi na pianinie dłużej, niż ja sama byłam w stanie to tolerować. Uznałam, że taki akt poświęcenia powinien zostać tutaj doceniony. Z samego rana pożegnaliśmy się i wyjechaliśmy z miasta o wdzięcznej nazwie Hollywood. Tym samym rozpoczęliśmy trzydniową przygodę z luksusem. Dzięki naszemu przyjacielowi, który na te dni do nas dołączył, udało nam się spać w wypasionym resorcie za pieniądze, które nie starczyłyby na pół nocy w najtańszym motelu (Dzięki, Wojtek!). Nie dość, że papier toaletowy był kolorowy, internet za darmo a przy basenie stały wygodne leżaki, to jeszcze hotel znajdował się w sercu Orlando. Ponieważ w dzień było milion stopni na plusie, małe przechadzki urządzaliśmy sobie nocą. A jak Orlando, wywczas i dziecię, skusiłam się także na słynny Walt Disney World. Zbliżał się pierwszy czerwca i poczułam, że zrobię coś szalonego. Spędzę czas tak, jak inni spędzają go ze swoimi latoroślami. Tak! Zostanę jednak tą matką roku! Szczęśliwi i uśmiechnięci będziemy zajadać lody w towarzystwie Myszki Miki i Kaczora Donalda. Mysz podekscytowany weźmie udział w kolorowej paradzie a ja poczuję, że nie jesteśmy jednak tak dzicy, jak nam się wydaje. Będziemy się cieszyć, integrować ze spoconymi turystami, przybijać piątki z bajkowymi stworzeniami! Oh, wait.

W praktyce wyglądało to mniej więcej tak: krople potu spływały nam z czubków nosów. Agresywne rodziny próbujące dostać się do którejś z licznych atrakcji, rozpychały się łokciami lepiej niż klienci na promocji w Lidlu. Mysz został ulokowany w wózku a jego naburmuszona mina nie pozostawiała wątpliwości: to nie był najlepszy prezent. Myszka Miki chętnie przybijała piątkę, jednak tylko z tymi wytrwałymi, którzy byli w stanie czekać w kolejce półtorej godziny. Mysz w kółko prosił mnie, żebyśmy poszli na plażę. No cóż, chyba nie jesteśmy jeszcze gotowi na tego typu wypoczynek. Szczerze mówiąc, nie jestem z tego powodu bardzo zasmucona – cieszę się, że Mysz woli skakać w kałużach, pływać, biegać albo wspinać się niż rozpychać łokciami w oczekiwaniu na faceta przebranego za maskotkę. Nie mogę jednak nie dodać jednego: Disney World faktycznie ma masę atrakcji i z tego, co wiem, wizytę tam da się usprawnić za pomocą magicznych aplikacji na telefon. Wierzę, że niektórzy z Was potrafiliby wykorzystać tam czas dużo lepiej niż my. Mamy przyjaciół, którzy lubią i potrafią przemieszczać się po Disneylandzie. Przebywanie w waszyngtońskich lasach i podróże przez pustkowia być może nie sprzyjają naszemu społecznemu i technologicznemu obyciu.

A zaraz pod zdjęciami gwóźdź programu, nie zapomnijcie doczytać. I dooglądać!

Na szczęście wszystko to, co jest dla nas esencją Florydy, znaleźliśmy na zachodnim wybrzeżu. Mieliśmy w planach wycieczkę na popularną plażę w Clearwater, która- chwała Bogu- nie wypaliła. Korki były ogromne, dlatego postanowiłam sprawdzić, czy jest szansa na znalezienie miłego miejsca gdzieś bliżej. I znalazłam! Honeymoon Island, mało popularny raj nad Zatoką Meksykańską, niedaleko przereklamowanych plaż. Daję Wam słowo, że mieliśmy tam małą, dziką plażę tylko dla siebie! I pierwszy raz w życiu odniosłam wrażenie, że woda jest za ciepła. Kilka godzin totalnego spokoju i szczęścia. Udało się także załapać na jeden z najpiękniejszych zachodów słońca, jakie widzieliśmy. Jeśli kiedyś będziecie na Florydzie, spróbujcie odkryć jakieś swoje miejsce. Satysfakcja gwarantowana. A i portfel zostanie w dobrej kondycji. Nie będę więcej pisać, zobaczcie:

 

PS. Jeśli chcesz być na bieżąco z myszowymi przygodami, kliknij lajka na facebooku! Już niedługo przeniesiemy się do Georgii. Piaszczyste plaże zamienimy na mroczne zakamarki miasta.

PS2. Nasz poprzedni punkt programu – Nashville – został opisany na facebooku. Jeśli jeszcze nie czytałeś posta, łap go tutaj!

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s