
Patrzyliśmy z synem na latarnię morską, precyzyjnie i czule otuloną przez siatkę ogrodzeniową. Jakby się wstydziła, że ktoś zobaczy ją w negliżu.
Trochę mnie ta wstydliwość latarni zirytowała, bo tylko dla niej jechaliśmy tak daleko. Odkąd wyruszyliśmy z Florydy, stała się naszym powodem, żeby się niecierpliwić. Romantyczne kadry ze stanu Maine obudziły we mnie marzycielkę i nawet nocna powódź w Portland, gdzie spaliśmy, nie była w stanie zmienić mojego nastawienia. Rano przygotowałam aparat, przygotowałam Mysza, przygotowałam piękną, bezchmurną pogodę i pojechałam do Cape Elizabeth, aby spędzić sielski dzień, zrobić piękne zdjęcia i nacieszyć się klasycznym krajobrazem Nowej Anglii.
Latarnia w remoncie.
Trudno. Dobrze, że chociaż przestało padać.
BITE INTO MAINE
Mimo, że latarnia rozczarowała mnie swoją pruderyjnością (zupełnie się tego po niej nie spodziewałam!), dzień faktycznie był sielski. Dziecko hasało po soczystozielonej trawie, a ja wygrzewałam się w słońcu. Kto mógłby przewidzieć, że jeszcze tego samego dnia wkroczymy na mroczną ścieżkę bezprawia, przemytu i szybkiej jazdy?
No tak, Wy, jeśli przeczytaliście tytuł.
W DRODZE NA ZACHÓD
Zdążyliśmy przejechać się piękną drogą Kancamagus Highway i nacieszyć widokami w New Hempshire, kiedy zapadła noc. Bardzo szybko zrobiło się ciemno. Odtąd jedynym urozmaiceniem były znaki drogowe. Mysz po całym dniu ułożył się w foteliku i zasnął, a mi towarzyszyła już tylko monotonia. Drogi były całkiem puste a ograniczenia prędkości surowe. Po dwóch godzinach – już w stanie Nowy Jork – wjechaliśmy do małego, ciemnego miasteczka. Byliśmy już bardzo blisko miejsca, w którym mieliśmy spać. Nagle, tuż za mną, pojawił się samochód. Trzymał się bardzo blisko. Po co za mną jedzie?
Jeśli jesteś na jakimś odludziu i w środku nocy jedzie za Tobą tajemnicze auto, nie jest dobrze. Wiem o tym doskonale, widziałam na filmach.
Oślepiło mnie ostre, niebiesko-czerwone światło policyjnych kogutów. Rzuciłam okiem na prędkościomierz.
Puk, puk. – Hank zapukał w szybę. Właściwie to nie wiem, jak miał na imię, ale Hank pasowało idealnie. Powiedział, że przekroczyłam prędkość o 10 mil, wlepił mandat i obudził Mysza. Przerwany sen i oślepiające światło lekko go rozzłościło, dlatego postanowił, że policjant powinien w jakiś sposób za to zapłacić. Zaczął więc terroryzować go o czekoladę. Hank czekolady nie posiadał, natomiast wręczył Myszowi policyjną odznakę-naklejkę. Od tej pory czuliśmy się bezkarni.
Porwałam mandat, rzuciłam przez okno prosto na hankowe buty i odjechałam z piskiem opon w głuchą noc.*
…
POMIĘDZY PROWINCJĄ A STANEM
Następnego dnia dojechaliśmy pod kanadyjską granicę. Na szczęście nikt nam nie siedział na ogonie, sprawdzałam. Wszystko poszło gładko i sprawnie. Teraz już tylko pokażemy papiery i na pieszo przedostaniemy się do Ontario.
Przeszliśmy most między Stanami a Kanadą, pokazaliśmy paszporty celnikowi i kilka minut później obserwowaliśmy już słynnego kolosa, zwanego Niagarą. Wsiedliśmy na niewielki stateczek na rzece o tej samej nazwie i podpłynęliśmy najbliżej, jak się dało.
Niagara jest tak słynnym miejscem turystycznym, że nie będę za dużo pisać. Wodospad na rzece o tej samej nazwie znajduje się na granicy kanadyjsko-amerykańskiej. Bardziej szczegółowo: na granicy stanu Nowy Jork i prowincji Ontario. Niagara Falls to wspólna nazwa dla trzech wodospadów: American Falls, Bridal Veil Falls oraz trzeciego – najsłynniejszego – Horseshoe Falls. Część kanadyjska jest o wiele bardziej atrakcyjna ze względu na lepszą perpektywę: widok wprost na spadające kaskady wody. Jeżeli przyjedziecie nad Niagarę tylko na parę godzin, ruszajcie prosto do Kanady. Granicę można przekroczyć pieszo.
A jeśli już poruszyliśmy temat przekraczania granicy…
W Kanadzie spędziliśmy czas bardzo przyjemnie. Oprócz podziwiania Niagary, rozkoszowaliśmy się tym, co w Stanach zakazane. Jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej, dlatego zaraz po przejściu przez granicę znaleźliśmy sklep i obłowiliśmy się w małe, ale jakże niebezpieczne przyjemności. Trochę nas zemdliło, dlatego niewykorzystaną część schowaliśmy do plecaka i postanowiliśmy zająć się nią przed powrotem do Stanów…
Po kilku godzinach staliśmy już w kolejce przy przejściu granicznym. Byłam dziwnie zestresowana, chociaż sama nie wiedziałam, dlaczego. Mysz wykazywał ogromną chęć do robienia rzeczy nielegalnych, takich jak powrót na stronę kanadyjską. I to bez poinformowania o tym matki oraz celnika. Na szczęście udało się powstrzymać uciekiniera w porę.
-Czy przenosi pani coś do Stanów Zjednoczonych?
-Nie.
-Proszę pokazać paszport, a następnie podejść do kontroli.
Jeden z celników zagląda w mój błękitny plecak ozdobiony małym Yodą z Gwieznych Wojen, otwiera oczy ze zdumienia i wpatruje się to w jego wnętrze, to na nasze twarze. Atmosfera robi się gęsta. Mężczyzna woła drugiego i szepcze mu coś do ucha, ten kręci głową.
-Próba przemytu.
-…
-Mamy teraz dwie możliwości: albo wyrzucacie wszystko tutaj, albo jecie.
I tak właśnie ja i mój syn zjedliśmy naraz cztery jajka Kinder Niespodzianka, o których zapomnieliśmy. Najsłodsza chyba kara za próbę przemytu towaru, który jest zakazany w Stanach. Tak, jajko Kinder jest tutaj zabronione!
Po powrocie do USA cieszyłam się, że jednak nie podarłam hankowego mandatu. Dość nam poważnych konfliktów z prawem!
I to był nasz ostatni zatarg. Powoli zbliżaliśmy się na Zachód: przed nami 2 parki narodowe, jedno niby-morze i jedno ciekawe muzeum. Zaglądajcie na facebooka!
————————–
*W rzeczywistości wyglądało to odrobinę inaczej. Przyjęłam mandat, pożegnałam się i zaparkowałam na pobliskiej stacji benzynowej, żeby sprawdzić to, co mnie najbardziej nurtowało. Facet nie miał na imię Hank, tylko John. W ogóle to do niego nie pasowało.
