STANY KONTYNENTALNE

Ballada o Las Vegas

26229757_922527464571746_7468680623916602008_nSiedzę w kasynie. Przyglądam się ludziom przez gęsty dym tytoniowy. W tym miejscu chyba wszyscy palą. Chętnie wyjrzałabym przez okno, ale tutaj okien nie ma. Tutaj noc i dzień zlewają się w jedną całość i nawet w południe beznamiętne, zblazowane twarze zasiadają do maszyn. Ze wszystkich stron docierają do mnie dźwięki przypominające te ze starego Super Mario Bros. W innych okolicznościach z pewnością by mnie okropnie irytowały – pomyślałam. Ale nie tutaj. Nie w Las Vegas.

Nigdy nie darzyłam specjalnym sentymentem żadnego z amerykańskich miast. Ani Nowego Jorku, ani San Francisco, ani nawet Seattle. Sama sobie się dziwię, że znowu jestem w Vegas. W światowej stolicy kiczu. W miejscu, gdzie pijani turyści biorą ślub w różowej kaplicy. Billboardy atakują mnie tutaj zapowiedziami koncertów przebrzmiałych gwiazd albo reklamami klubów z najlepszymi tancerkami w mieście. Vegas to migające neony, które widzę nawet po zamknięciu oczu. To sentymentalny pop Elvisa, który słyszę nawet po wyjściu z kasyna. Czasami z głośników sączy się też blues albo country. Dlaczego więc jestem tutaj kolejny raz? To świecące miasto wydawało mi się miastem moich koszmarów. A jednak przywiązałam się do niego. Przywiązałam się do tych smutnych i zobojętniałych twarzy, które obserwuję teraz przez gęsty dym. Twarze skąpane w niezdrowym świetle maszyn mają w sobie smutną prawdę. Tych twarzy nie zobaczę przy stripie.

Przy stripie – tej słynnej części Las Vegas Boulevard – dumnie prezentują się najsłynniejsze hotele: Caesars Palace, Venetian, Bellagio. Inne – tańsze – też wyglądają okazale: jeden z nich stylizowany jest na wielki cyrk, inny ma ogromną wieżę widokową*. Pokój w takim hotelu jest bardzo tani. Na stripie można się przespać nawet za 15 dolarów. W każdym hotelu ogromne kasyno, labirynt nie do zapamiętania. Żeby dotrzeć do pokoju, często trzeba przejść obok każdego stołu do blackjacka. Przy stripie jest mnóstwo turystów. Są bogaci, którzy odwiedzają luksusowe kluby. Mężczyźni cieszą się towarzystwem niezwykle pięknych kobiet z dużym biustem. One są wpuszczane do klubu bez kolejki – ochroniarze doskonale wiedzą, po co tutaj przyszły. I akceptują to. Są też i ci biedniejsi – hotele w Vegas tanie, a alkohol w kasynach darmowy. Póki grasz, oczywiście. Wszyscy wiedzą, że na maszynach najlepiej grać po jednym cencie. Wtedy za dużo się nie straci, a alkoholu nie zabraknie. Przy stripie bywa dziwnie. Ale nie tutaj się dzisiaj zatrzymałam.

Dzisiaj siedzę z daleka od głównej ulicy. Z daleka od turystów i okazałych hoteli. Siedzę w podrzędnym kasynie w Las Vegas. Też ma w nazwie słowo „pałac”, chociaż do pałacu mu daleko. Tutaj nikt się do mnie nie uśmiecha, nikt nie zwraca na mnie uwagi.

Spoglądam na mężczyznę około 60-tki wpatrzonego w ekran swojej maszyny. Ma kowbojski kapelusz, skórzaną kurtkę z frędzlami i buty z wysokimi cholewami. Spod kapelusza wystaje kilka siwych pukli. Nie ma zębów. Zastanawiam się, kiedy on tutaj przyszedł – całkiem możliwe, że 40 lat temu. Wszedł do jakiegoś kasyna i tak już został, posiwiał i stracił zęby. Widzę, że Kowboj szuka czegoś w kieszeni. Nie znalazł. Odpalił papierosa od papierosa.

Niedaleko Kowboja – przy barze – siedzi młoda dziewczyna. Chwilę zajmuje mi ustalenie, czy istotnie jest młoda, czy jednak stara. Ma blond włosy z ciemnymi odrostami i bardzo zniszczoną, ziemistą cerę. Jej twarz jest zapadnięta, cała pokryta plamami i krostami. Dziewczyna siedzi na barowym, wysokim krześle i przygląda się mężczyźnie siedzącemu blisko wyjścia. Ten mężczyzna z pewnością jest turystą. Ma dżinsy, świeżą koszulkę i sportowe buty. Robi zdjęcia. Rozgląda się po kasynie i prosi kelnerkę o piwo. Pewnie dopiero przyjechał do Vegas.
Blondynka rusza w jego kierunku i zatrzymuje się tuż przed Turystą. Zastyga w wyzywającej pozie i proponuje mu swoje towarzystwo. Turysta wychodzi. Blondynka wraca poirytowana do baru. Tutaj dziewczyny do towarzystwa nie są już tak piękne, jak marzenie.

Do kasyna wchodzi Babcia z balkonikiem. Dobrze wie, gdzie idzie. Gramoli się przez chwilę między stołami aż dociera do swojego stanowiska. Zasiada przed maszyną i natychmiast zapala papierosa. Widać, że jest tutaj częstym gościem.

Przy stole do ruletki siedzi kobieta około 40-tki. Ma tłuste, cienkie, czarne włosy. Jej cera jest bardzo zniszczona. Po tej cerze widać wszystkie przepalone i przepite lata. Kobieta próbuje poprawić swój wygląd mocnym i niezdarnie wykonanym makijażem. Takich kobiet w średnim wieku jest tutaj mnóstwo. Wszystkie mają taką skórę. Czarna rozgląda się półprzytomnie po kasynie. W końcu wstaje i znika w taniej restauracji. W kasynie jest 24godzinna restauracja. Ciekawe, ile czasu na dobę spędza tutaj Czarna.

Nikt na siebie nie patrzy, nikt ze sobą nie rozmawia. Kelnerki nie są ani miłe ani uśmiechnięte. Są zmęczone i zupełnie nieamerykańskie. Nie pytają, jak minął dzień i czy drink smakuje. Klienci gapią się w ekrany maszyn w dzień i w nocy. W Las Vegas – w mieście, które naprawdę nigdy nie śpi.

*Hotel stylizowany na cyrk – Circus Circus; hotel z wieżą widokową – Stratosphere.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.